Indie to kraj niesamowity, który na pewno warto umieścić na swej mapie podróży. A powodów ku temu jest wiele, począwszy od kolorów jakich nie zobaczycie nigdzie – stroje ludzi, udekorowanie samochodów, kolorystyka przypraw na bazarach, poprzez wielokulturowość, wspaniałe zabytki, wspaniałe krajobrazy, po bardzo prozaiczny aspekt – Indie uznawane są za najtańszy kraj dla turysty. I tak jest – Indie są bardzo tanim krajem, ale jest to mocno kosztem standardu. Musimy się pogodzić, że brud jest wszechobecny, wodę butelkową musimy używać nawet do mycia zębów i to należy uważać, aby korek był zamknięty dodatkową folią, gdyż zdarzają się przypadki, że w sklepach przez nieuczciwych sprzedawców, sprzedawana jest woda kranowa w butelkach. Napicie się takiej wody praktycznie na 100% spowoduje kłopoty żołądkowe. My strzegliśmy się jak mogli, a pomimo tego 2 dni miałem wyjęte z życiorysu przez rewolucje żołądkowe – najprawdopodobniej po napiciu się hotelowej kawy. Praktyczna porada, którą stosowaliśmy także do naszych dzieci, to zabranie ze sobą z Polski butelki naszej rodzimej wódki i co wieczór oczyszczanie organizmu kieliszkiem tego trunku (lub kilkoma J).

My spędziliśmy w Indiach 8 dni, od 26 listopada do 3 grudnia i podróżowaliśmy następującą trasą: New Delhi, Agra, Jaipur, Jodhpur, Pushkar, New Delhi. Jako środek transportu wybraliśmy wynajęcie samochodu z kierowcą i mocno polecamy taką formę, szczególnie dla rodzin z dziećmi., gdyż publiczne środki transportu z tego co słyszeliśmy bywają mocno uciążliwe – brak punktualności, zatłoczenie, etc. Jest to tanie, wygodne, a dodatkową wartością było to, że nasz przewodnik-kierowca, był jednocześnie przewodnikiem – sugerował co dodatkowo zwiedzić (pomimo naszego detalicznie przygotowanego planu sporządzonego przed wyjazdem), gdzie zjeść – w każdym z miast podwoził nas do godnych polecenia restauracji, a w miejscach mocno turystycznych (Taj Mahal, zapomniane miasto) organizował lokalnych przewodników, którzy już na nas czekali. A to bardzo ważne, bo w każdym z takich miejsc, zostaniecie praktycznie zaatakowani przez lokalnych „przewodników”, którzy w sposób nie do zniesienia natarczywy, będą oferowali swe usługi i jeśli jesteście niezorientowani jak i gdzie się poruszać, to będzie to bardzo, ale to bardzo uciążliwe… osobiście mogę z czystym sumieniem polecić biuro Narender Sharma (mail:narendersharma6@yahoo.co.in,gtgauritours@gmail.com, telefon: 00 91 9810226938) – to właściciel małego biura turystycznego, który sam także jeździ z turystami. My byliśmy bardzo zadowoleni. Zapłaciliśmy za całość ok. 400 USD (6 dnia jazdy, w tym benzyna, podatki, opłaty za autostrady i opłata dla Narendera za noclegi, etc ), Narender dużo nam o Indiach opowiadał i rekomendował, a przy okazji nie był narzucający się, więc mieliśmy w pełni rodzinny wyjazd – Narender podwoził nas pod hotel, umawialiśmy się na następny dzień na konkretną godzinę i zawsze był punktualnie. Samochód prowadził także w bardzo bezpieczny sposób, co także ma duże znaczenie w Indiach.

New Delhi

W New Delhi spędziliśmy łącznie 4 dni. Poruszanie się jest dosyć łatwe jak na tak dużą metropolię. My jeździliśmy metrem i rikszami. Metro jest bardzo nowoczesne, wybudowane chyba ok. 2010 roku, klimatyzowane wagony Bombardiera i nowoczesne stacje. Jedyny problem to ilość podróżujących… ale to specyfika Indii…tak jest wszędzie. Raz nie weszliśmy do 4 kolejnych pociągów i tak stojąc na peronie, zaobserwowaliśmy, że naszymi nieudolnymi staraniami wzbudzamy sporo rozbawienie wśród miejscowych, więc postanowiliśmy, że do piątego już wjedziemy choćby nie wiem co i tak też zrobiliśmy J Na szczęście częstotliwość pociągów metra jest bardzo duża, więc nie czekaliśmy długo. Kolejny świetny sposób podróżowania to riksze – rowerowe i motorowe. My używaliśmy tych motorowych, bo tam mieściliśmy się 4-osobową rodziną. Są tanie (ale najlepiej z góry ustalić cenę za kurs i warto się targować) i nie będziecie mieli problemu ich znaleźć – są wszędzie, przy każdej stacji metra, na ulicach i jak tylko widzą, że ktoś idzie to oferują podwiezienie. Bardzo często będąc mocno uciążliwymi w tych staraniach i nie jest łatwo się od nich uwolnić – trzeba to robić w sposób bardzo zdecydowany.

Największe wrażenie zrobiło na nas Old Delhi i jej słynna ulica Chandni Chowk – tam po prostu musicie być odwiedzając Delhi. Stare rozwalające się budynki, po których skaczą małpy, brak chodników, żebrzący na ulicach, milion rikszy, rowerów, motorowerów – to widok nie do opisania, to musicie zobaczyć na własne oczy. W tym rejonie jest też wielki fort Red Fort, który odwiedziliśmy, gdyż pojawiał się w wielu opiniach i przewodnikach. Na nas nie zrobił większego wrażenia – bardzo zaniedbany w środku i chyba największe wrażenie robi z zewnątrz. Będąc w Old Delhi, jedźcie koniecznie na targ przypraw i tutaj warto skorzystać z usług któregoś z rikszarzy (wjazd mają tam tylko nie zmotoryzowane, ale my wzięliśmy zmotoryzowanego, który zaparkował w pobliżu i oprowadził nas po tym targu). Targ można zwiedzić samemu, ale korzyść z lokalnego przewodnika (rikszarza) była taka, że wziął nas w miejsce, do którego sami nigdy byśmy nie dotarli. Wprowadził nas do wnętrza budynku bazaru, gdzie obskurną klatką schodową, zwiedzając różne piętra pełne handlujących hurtowo przyprawami o niesamowitych kolorach i zapachach, doprowadził nas na dach kamienisty, skąd wśród stada lokalnych małp, mieliśmy bajeczny widok na targ z góry. Biorąc rikszę, dogadajcie się, że chcecie taką wersję, bo miałem wrażenie, że jest to jedna ze standardowych tras dla turystów. Dodatkowo należy zwiedzić kilka „must see” jak pałac prezydencki, India Gate, Connaugh Circus, Jama Masjid – największy meczet w Indiach.

Agra

Po zwiedzeniu Delhi wyruszyliśmy w naszą kilkudniowa podróż do Radżastanu. Pierwsze na trasie miasto to Agra, gdzie docieramy po ok 4h jazdy. Miasto samo w sobie nie ma praktycznie nic do zaoferowania. Brudne, zaniedbane, nieciekawa architektura. Ale trudno być w okolicach Delhi i tu nie przyjechać, a powód jest jeden – Taj Mahal ! Zwiedziliśmy po południu i z przewodnikiem poleconym przez Narendera. Gdyby nie on, zapewne zostalibyśmy oszukani przez lokalnych pseudo przewodników, natarczywie oferujących swe usługi, a poruszać się tam nie jest łatwo – duży teren, brak oznaczeń gdzie są kasy, w której kolejce stanąć, a są osobne dla osób lokalnych i turystów, różne formy podwiezienia, od wielbłądów po melexy, etc, etc. Warto więc mieć tu kogoś kto poprowadzi i przy okazji opowie historię Taj Mahal i dane techniczne, bo brak jakichkolwiek tablic, z których możnaby to wyczytać. Ważna informacja – nie wpuszczają z kamerami video, więc pozostają aparat i telefon. Taj Mahal robi ogromne wrażenie i z daleka i z bliska, widząc misterię wykonania z drobnych elementów marmuru. Zaskakujące, przynajmniej dla nas był fakt, że jest on w środku praktycznie pusty – to grobowiec, więc nie ma żadnych pomieszczeń, czyli zwiedzanie ogranicza się do oglądania misternej mozaiki z łączonych ze sobą różnokolorowych elementów marmuru, tworzących fantazyjną mozaikę. Uciążliwym był tłum ludzi, ale nie ma się co dziwić, to jedna z głównych atrakcji Indii, uznana za jeden z Cudów Świata, więc trzeba się z tym pogodzić. Pamiętajcie jedno na wypadek gdybyście sami zdecydowali się zwiedzać – jako obcokrajowcy płacicie 10x więcej niż lokalni, czyli ok. 750 rupi (ok. 45zł), ale za to nie stoicie w długich kolejkach. Jak zobaczycie długa kolejkę, czy to do kasy, czy do wejścia, to zapewne jest ona dla osób lokalnych, i przechodźcie obok niej. Tak czy inaczej polecamy wzięcie sprawdzonego przewodnika, który nie dość że przeprowadzi tak jak trzeba, to opowie ciekawe historie o tym obiekcie, a nie jest to drogie – ważne aby wziąć kogoś sprawdzonego. Naszego podpowiedział nam nasz przewodnik -kierowca Narender.

Jaipur

Kolejnego dnia rano wyruszamy w kierunku Radżastanu, po drodze robiąc krótką przerwę na zwiedzenie Fatehpur Sikri (abandoned city). To miasto – świątynia, jest warte chwilowego zatrzymania, ale tutaj też ważne, aby ktoś was po nim oprowadził, bo inaczej nie odpędzicie się od natrętnych tubylców. Przed wjazdem do Jaipur warto skręcić w prawo i pojechać kilka kilometrów do Świątyni Małp. Piękne budynki, przepięknie wkomponowane w góry i skały, w których jest mnóstwo życzliwych ludziom małp. Na miejscu można za drobną opłatą kupić orzeszki do ich karmienia i to zdecydowanie polecamy, bo można wtedy liczyć na bliski kontakt z tymi sympatycznymi zwierzątkami, a w przeciwieństwie do małpek na Gibraltarze, to są przyjazne i nie atakują. Jedyny minus tego miejsca, to że także jest kompletnie zaniedbane i brudne….
W Jaipur polecamy zwiedzenie Fortu – Amber Fort. Jest naprawdę ciekawy i pięknie położony na wzgórzu, co daje niezapomniane widoki. Tam też udało nam się napotkać, zakazany już proceder zaklinacza węży z dwoma kobrami. Jest to teraz w Indiach nielegalne, więc nie łatwo ich spotkać. Jeśli uda wam się dotrzeć do Jaipuru rano, to możecie skorzystać z lokalnej atrakcji, czyli wjazdu pod Fort na słoniach (Fort znajduje się na wzgórzu). Z tego co wyczytaliśmy, trzeba być przed 9:00 aby się załapać, bo urzędowo ustalono, że słonie mogą tylko kilka razy dziennie pokonywać tę trasę aby ich nie męczyć. Kolejna atrakcja Jaipuru to "Hawa Mahal" Palace of the Winds. Znajduje się on przy drodze w centrum miasta I wystarczy tu przystanąć na kilkanaście minut aby obejrzeć i zrobić zdjęcia. Centrum miasteczka, zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie – dużo knajpek, czysto, kolorowo i dużo turystów. Zachęcało do dłuższego pobytu, ale niestety nie mieliśmy tyle czasu, a nasz hotel znajdował się na obrzeżach.
Lekkim rozczarowaniem okazała się główna atrakcja, jaką zaplanowaliśmy w tym mieście dla naszych dzieci – czyli jazda i interakcja ze słoniami. Wybraliśmy firmę ELEFUN, która z opisu w internecie zapowiadała się bardzo dobrze – sfarai słoniami wśród tygrysów na wielkiej przestrzeni parku. W rzeczywistości była to otoczona murem na 3m zagroda o wymiarach 200 m x 50m, gdzie były 2 słonie, a safari to jazda na tych słoniach po niewybrukowanych uliczkach w okolicy wśród jakichś warsztatów…. O tygrysach mogliśmy zapomnieć… Sama interakcja ze słoniami była świetna – malowanie, karmienie, wchodzenie i jazda, ale to zupełnie nie było to co nam obiecano, a cena była solidna…

Jodhpur

Opuszczamy Jaipur i jedziemy dalej w Radżasatn do Jodhpuru. Tym samym opuszczamy najbardziej znany turystycznie tzw Złoty Trójkąt: Delhi – Agra – Jaipur. Zwany jest tak, gdyż 90% turystów podąża właśnie taką trasą. Znajomy przed wyjazdem powiedział nam, że jeśli chcemy poznać Indie, to musimy jechać dalej i dlatego też pojechaliśmy dalej w Radżastan. I miał całkowitą rację, gdyż opuszczając turystyczny szlak, zaczynamy zauważać zupełnie inne Indie, te prawdziwe. Bez chmary natrętnych tubylców próbujących naciągną na wszelkie sposoby, a poznajemy zwykłych, świetnych i bardzo życzliwych ludzi. Naprawdę gorąco polecamy dodać do planu co najmniej kilka dni i wyjechać trochę poza utarte przez większość turystów szlaki. W Jodhpur zatrzymujemy się w Castle View Home stay – samym centrum miasta, gdzie dojedzie się tylko rikszami, więc zostawiamy naszego przewodnika przy dworcu kolejowym i przesiadamy się do wysłanych z hotelu po nas motorikszy. I tutaj zaczyna się przygoda, bo ledwo pakujemy się z naszymi walizkami do tej motorikszy i pędzimy, przez wąskie, zatłoczone uliczki miasteczka. Ostatni odcinek do hotelu, pokonujemy klucząc między budynkami, obskurną ścieżką pod górę o szerokości 1,5m starając się nie wdepnąć w fekalia i inne śmieci. Byliśmy przerażenie, co wybraliśmy na nocleg… A po dojściu wszystko się zmienia – wchodzimy do klimatycznego hoteliku w stylu – jak dla mnie – nepalskim, który znajduje się ponad wszystkimi budynkami, z pięknym widokiem na Fort i miasto w dole, zwane niebieskim od koloru większości budynków. Na tarasie znajduje się hotelowa restauracja, serwująca dobre posiłki, chociaż czystość stołów mogłaby być lepsza. Pokoje za to bardzo czyste i schludne i byliśmy z pobytu bardzo zadowoleni. Właściciele i obsługa byli świetni bardzo pomocni i przyjaźni. Gdy zabrakło nam karty SD do aparatu, to zawieźli mnie na motorze do sklepu, co też było wielkim przeżyciem. Wieczorem dosiedli się do nas i długie godziny rozmawialiśmy, przy Jacku Danielsie, a jak się skończyło to przy jego indyjskim odpowiedniku… Spacer po mieście to także przyjemność w porównaniu do dotychczasowych miejscowości – brak natarczywości ze strony mieszkańców i spokojnie można poznawać ich lokalne życie i zwyczaje – świetne wrażenia ! Jedną z atrakcji Jodhpuru jest olbrzymi Fort, który zwiedziliśmy kolejnego dnia. Fort sam w sobie jest ciekawy i roztacza się z niego fantastyczna panorama na miasto, więc warto mieć go na agendzie.

Kolejną noc nasz przewodnik zorganizował nam poza miastem na „pustyni” w tak zwanych „mud” chatach, czyli domkach z gliny lub odchodów krowich. Pustynię dajemy w cudzysłowiu, bo z Saharą nie miała ona wile wspólnego i była cała porośnięta krzewami. Mieliśmy tam safari na wielbłądach. Wyjazd sam w sobie był jednak ciekawy, bo chatki były klimatyczne, a impreza połączona z lekcją gotowania. Lokalne osoby przygotowały nam w naszej obecności potrawy i było to chyba najlepsze jedzenie jakie mieliśmy okazję spróbować podczas naszego pobytu w Indiach!

Pushkar

Kolejny dzień to powrót do Delhi. 12h w samochodzie…maskra…ale za to możliwość z bliska tego co się dzieje na drogach, zarówno w dzień jak i w nocy. A jest na co patrzeć….cały urok Indii – nie tylko krowy, ale także wszelka zwierzyna chodząca wolno po każdego rodzaju drogach, włączając w to autostrady. Jedyna zasada panująca na drodze, to większy ma pierwszeństwo – inne zasady nie obowiązują. Na drogach jest wszystko – wielbłądy, przeładowane ciężarówki, piesie, psy, świnie, kozy no i krowy, te święte… Przeładowane ciężarówki pozostawiają specjalne wrażenia, bo ich wielkość jest po prostu niesamowita i niewyobrażalne jest, że tyle da się napakować na samochód (na bramkach na autostradzie są specjalne przejazdy dla „Oversized”, bez dachu ograniczającego wysokość pojazdu J. I każdy trąbi…ale jak zauważyliśmy i potwierdził nasz przewodnik, w Indiach ma to zupełnie inne znaczenie i charakter niż w Polsce – tam trąbienie jest mile widziane i sygnalizuje manewr wyprzedzania. Kierowcy ciężarówek mają wręcz napisy na tyle samochodu „please horn”, czyli zatrąb. W nocy jazda nabiera jeszcze ciekawszego znaczenia, bo zasady są te same, czyli zwierzęta dalej lezące lub chodzące po drodze i do tego wszyscy jeżdżą na długich światłach, nawet w korku, czyli każdy się oślepia. Planując jazdę samochodem, nie kalkulujcie czasu wg warunków Polskich, bo wszechobecne korki, szybko rewidują plany i 100 km to czasem kilka godzin jazdy.
Po drodze robimy kilkugodzinny postój w świętym mieście Indii Pushkar. Miasto warte zatrzymania, gdyż ma swój specyficzny klimat. Nam się kojarzyło bardzo hippisowsko, wielu zachodnich turystów, którzy stwarzali wrażenie, życia w pełnej symbiozie z lokalnymi, jakby byli tu od miesięcy, a może to efekt opium….i innych tego typu używek, które wydają się tu obecne na każdym kroku. Miasteczko na pewno warte ujęcie na agendzie wycieczki do Indii. Jeśli się dobrze trafi – bodajże w niedzielę – jest tu olbrzymi targ wielbłądów, ale my nie mieliśmy okazji go zobaczyć. Wrażenia z Indii niesamowite – piękny kraj i bardzo różnorodny. Osobiście polecamy, aczkolwiek pobyt dłuższy niż 2 tygodnie może stać się już uciążliwy ze względu na wszechobecny brud.

Indie

Galeria

Zdjęcia mogą być objęte prawami autorskimi, a pochodzą z następujących źródeł:

Archiwum Własne

Zapisz jako pdf
Poleć znajomemu
Drukuj
Subskrybuj rss